CSS-13

Zebrało mi się na wspomnienia

CSS-13. Nazywany też kukuruźnikiem, bo podobno potrafił wylądować w polu kukurydzy. Nie próbowałem, ale coś w tym jest. Dwupłat zbudowany na licencji radzieckiego Po-2. Nie wiem czym się różnią. Naszego znam, a raczej znałem. Nawet dość dobrze.

1 2

Skonstruowany i zbudowany został jako wielozadaniowy samolot wojskowy. Nie wiem jak wiele tych zadań wykonywał w wojsku, ale u nas, w Aeroklubie był naprawdę wielozadaniowy. Służył do szkolenia pilotów samolotowych, windowania szybowców i skoczków spadochronowych oraz paru jeszcze innych rzeczy.

Windowanie szybowców nie odbiegało specjalnie od tego, jak to się odbywa teraz. Ale windowanie skoczka spadochronowego, to była już prawie sztuka cyrkowa.  Samolot ma dwie kabiny w systemie tandem, co oznacza, że jest dwuosobowy. Kabiny są otwarte. Tylko maleńka, plastikowa owiewka przed pilotem i przed pasażerem. W obydwu kabinach są takie same przyrządy pokładowe i takie same urządzenia do pilotowania. Samolot wyposażony był w drążek, co powodowało, że zajmował dużo miejsca w środkowej części podłogi. Wolant byłby bardziej praktyczny? Siedzenie stanowiła odpowiednio wyprofilowana blacha z nawierconymi okrągłymi otworami. Podobne siedzenia mogliście widzieć jeszcze w kosiarkach rolniczych. W innych samolotach były podobne. Siedzenie tak przystosowano, ponieważ piloci używali spadochronów siedzeniowych, „dupnych” – jak my je nazywaliśmy. Spadochron taki bardzo przeszkadzał jak się w nim szło do samolotu. Obijał się o nogi powyżej kolan. W samolocie służył jako tapicerka. Jak się już wgramoliłeś - było nawet wygodnie, ale do komfortu jeszcze daleko. W burcie nie było drzwiczek. Aby zająć miejsce, trzeba było zrobić krok nad burtą, stanąć prawą nogą na siedzeniu, tym z blachy z dziurami, dostawić lewą nogę i wgramolić się do kabiny. Następnie popoprawiać się– chwilę to trwało, zapiąć pasy, położy nogi na orczyku, chwycić w rękę drążek i w drogę.

A teraz skoczek. Wyposażony w dwa spadochrony. Główny na plecach i pomocniczy na brzuchu. Główny miał grubość razem z pokrowcem ok 35 cm, zapasowy ok. 25 cm. Zajmowało to trochę miejsca. Ubrać trzeba się było prze wejściem do samolotu. Jak skoczek wchodzi? Najpierw krok na lewe skrzydło. Podchodzi do pierwszej kabiny (pilot siedział zawsze w drugiej), przygarbiony, bo wyprostowanie ograniczało mu górne skrzydło. Następnie prawa noga przez burtę na fotel, przygarbiony jeszcze bardziej, dostawienie nogi lewej, ostrożne zejście na podłogę i usadowienie się w fotelu. Nie było się nawet jak poprawić, bo ciasno jak cholera. Silnik odpalony, pilot gotowy, skoczek też. Startujemy i lecimy w zależności co to za skok na 800, 1000, 1200, 1500, 2000, 3000 m albo jeszcze wyżej. Najczęściej jednak niżej niż wyżej, bo wznoszenie przy pełnym obciążeniu 1,5 -1,7 m/sek to czas osiągniecia 1000 m to nie krócej jak 10 min.

Radia w takich samolotach jeszcze nie były w powszechnym użytku. Porozumiewamy się gestami. Wreszcie jesteśmy na wcześniej ustalonej wysokości i zbliżamy się do strefy zrzutu. Pilot ubiera gazu, to dla mnie informacja, że mam zacząć się gramolić. Wstaję i prostuję się na ile pozwalają mi zawieszone na mnie bambetle, staję lewą nogą na fotelu, dostawiam prawą, odwracam się plecami do kierunku lotu. Cały czas przytrzymuję się czego się tylko da, ale zawsze mam w ręku dość grubą rurę zastrzału po lewej stronie kabiny. Następnie prawa noga za burtę na skrzydło lewe, dostawiam prawą. Przesuwam się pół kroku w kierunku ogona i lewą ręką trzyma m się lewej burty kabiny pilota. Stoję wciąż tyłem do kierunku lotu. Patrzę na pilota i czekam. Gaz ubrany, silnik pracuje ciszej, ale dochodzi świst wiatru. Nie da się rozmawiać. Patrzę na pilota i czekam.  Wreszcie kiwa głową, to sygnał dla mnie. Puszczam się kabiny i lecę. Lecę w dół.

2 2

Czasem trzeba było kogoś „przelecieć”.  Kiedyś na miesiąc przyjechał lekarz z żoną. On miał czuwać nad zdrowiem pilotów, ona wypoczywać. Po zapoznaniu się z lotniskiem zażyczyli sobie „przelecieć się”. Ona odważna, krzykliwa. On zdecydowanie jej podporządkowany. Ja pierwsza – zdecydowała ona. Wsadziliśmy do pierwszej kabiny. Bez spadochronu, bo nawet gdyby coś, to nie wiedziałaby, jak tego użyć. Pasy luźne, bo „dupnego” nie ma. Pilotował niesamowity facet – Walek Włodarczyk. Polecił założyć jej kask spadochronowy. Piękne były wtedy kaski spadochronowe. Białe w bardzo ładnym kształcie. Po kasku poznaliśmy, że będzie wesoło.  Wystartowali, a Walek pozwalał sobie na wszystkie akrobacje, których konstrukcja tego samolotu nie zabraniała. Nooo, bądźmy szczerzy … na zbyt wiele też nie pozwalała. Wyobrażaliśmy sobie jak latała w luźnych pasach ta szczupła kobieta – pamiętacie, „dupnego” nie było. Wyobrażaliśmy sobie jak waliła kaskiem w tablicę przyrządów, aby po chwili z ogromnym trudem próbować podnosić głowę, która przez chwilę ważyć mogła kilkadziesiąt kilogramów. Oczywiście Walek nie zapomniał o okularach, bo mogło się zdarzyć, że jakieś lepkie, mokre ciało wylatujące z pierwszej kabiny mogłoby pozbawić go na czas pewien wzroku. Jak wtedy wylądować? Musiał się też liczyć z faktem, że zostanie w locie dokarmiony nieznanymi mu produktami. Być może, przewidująco spytał panią co jadła na obiad, tego nie wiedzieliśmy. Poza tym tradycją było, że sprzątanie kabiny należało w takim przypadku do pilota. Musiał to też brać pod uwagę. Na szczęście tym razem nic takiego się nie wydarzyło. Lot nie był jakiś specjalnie długi. Ot, dwa czy trzy kręgi nad lotniskiem i wylądowali.

Przy wysiadaniu trzeba było jej pomóc. Podchodząc do męża na miękkich nogach, jąkając się, drżącym głosem powiedziała – jak chcesz, leć. Ale ja ci nie radzę.  Mąż poleciał. Po powrocie wysiadł sam, bez problemów. Nie pamiętam, czy Walek kazał mu założyć kask. Ale jak znam Walka, to kazał. On uwielbiał te numery. A kto ich nie lubił?

Co roku, na jesieni, kiedy zboże było już zebrane z pól, Aeroklub robił w wsiach i małych miasteczkach pokazy. Każdego roku były to dwie, może trzy imprezy. W każdej brały udział kukuruźniki – CSS-13.Najczęściej były dwa, jeżeli dobrze pamiętam. Startowały i lądowały na rżysku. Zawsze skakało kilku doświadczonych skoczków, lądujących na tymże rżysku. Czasem, a może zawsze przelatywał na holu szybowiec albo dwa.  Wyczepiał się nad widownią i dalej leciał do lotniska korzystając z siły nośnej i kominów. Obowiązkowe było „przelecenie”. Część osób leciała bezpłatnie po wygraniu jakiegoś konkursu, cześć za przelot płaciła. Atrakcji, jak z żoną doktora nie pamiętam, bo i krzykliwych pasażerów jak owa doktorowa też nie było.  Takich to atrakcji kukuruźniki też dostarczały. Lubiłem te imprezy.

Zbigniew Pręgowski

Komentarze obsługiwane przez CComment