ZBYSZEK PRĘGOWSKI I JEGO BLOG
Wolnym być - mimo wszystko
Robi się późno. Czas ruszać w drogę.

Image

"precz z polski z dziwolągiem kobiety..."

Tekst ten dedykuję polskim kobietom, które

nadal jak ich matki, babki, prababki muszą

upominać się o swoje prawa z przekonaniem,

że nowoczesność zacofanie zwycięży.

Dzisiaj jest ich przeszło 63%. Są chirurgami i pediatrami, ortopedami i geriatrami, onkologami i psychiatrami, pulmonologami i urologami. Dzisiaj nikomu, nawet najbardziej zacofanemu konserwatyście nie przyjdzie do głowy, że zawód lekarza jest zawodem zagwarantowanym mężczyznom. Dzisiaj nikomu także nie przyjdzie do głowy, że uniwersytety to też męska sprawa. Z perspektywy tych 150 lat także widać wyraźnie, że presja ma sens, że nowoczesność wygrywa z konserwatyzmem, że warto walczyć i warto zwyciężać.

AT D 1Ona była pierwsza w Polsce, a właściwie na ziemiach polskich, bo kiedy Ona żyła – Polski chwilowo nie mieliśmy. Krótko przed nią na całym świecie było jeszcze sześć Rosjanek, cztery Niemki, trzy Angielki i jedna Amerykanka. Tym to sposobem nasza, Polka była piętnasta na świecie. Nie było łatwo. Kobietom po Niej także. Ale zawsze nowoczesność wygrywa z … konserwatyzmem? … zacofaniem? Zawsze wygrywa – to tylko kwestia czasu.

Anna Tomaszewiczówna, bo o niej tu mowa, urodziła się w Mławie  13.04.1854 roku. Jej ojciec – Władysław był pułkownikiem żandarmerii carskiej. Matką była  Jadwiga z Kołaczkowskich. Najpierw rodzina Tomaszewiczów mieszkała w Mławie, potem przeniosła się do Łomży, a w roku 1866 do Warszawy. 

To w tym okresie czasu, krótko po przeprowadzce do Warszawy 12, 13 – letnia Ania, jeżeli wierzyć jej biografowi Jerzemu Kulikowskiemu, podjęła decyzję, że zostanie lekarką.  Jak wiele determinacji i konsekwencji postępowania musiało być w tej młodej Ani, a potem Annie, że plany swoje zrealizowała.

Kiedy skończyła pensję pani Pankiewiczowej wiedziała, że droga medycyny jest jej jedyną którą pójdzie. Musiała także wiedzieć, że drogę, którą wybrała, będzie drogą trudną, wyboistą i niepewną na której można się nie tylko potknąć, ale także połamać nogi. Wiedziała, że ta droga będzie pełna zazdrosnych facetów. Wiedziała tym lepiej, im bardziej stawała się dojrzała.

Była jedną  z sześciorga rodzeństwa. Najpierw rodzice traktowali jej pomysł ze śmiechem, ale w miarę upływu czasu śmiechu był coraz mniej, a poważnej rozmowy coraz więcej. Były to czasy, kiedy mąż i ojciec podejmował wszystkie decyzje – żona i matka mogła tylko się z nimi godzić. Ania doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że to ojca musi przekonać do swojego pomysłu. Znała jego słabe strony, wiedziała w którą nutkę i jak mocno uderzyć. Jeżeli wierzyć Jerzemu Kulikowskiemu, ostatnim najskuteczniejszym argumentem Ani była … jej głodówka. Zgoda, niech będzie lekarzem – w końcu, dnia pewnego powiedział ojciec.

Ania miała wtedy 15 lat. Kiedy ojciec zaakceptował decyzję córki, nastąpił okres przygotowywania jej do studiów. Na pensji wykładano wtedy tylko przedmioty, które były niezbędne kobietom w ich codziennym życiu – życiu służenia mężowi. Przez dwa lata Ania brała prywatne korepetycje z przedmiotów, których nie było na pensji: fizyka, biologia, chemia i języki: francuski, niemiecki, łacina.

Pierwszą uczelnią, która otworzyła nabór dla kobiet była Petersburska Akademia Medyczno-Chirurgiczna. Miało to miejsce około 1860 roku. Niestety, car Aleksander II nie życzył sobie, aby dyplomy akademii medycznej otrzymywały kobiety. Niezwłocznie więc wydał odpowiedni „ukaz” i tym samym decyzję akademików uchylił przywracając wszystko do stanu poprzedniego.

AT D 2Ale cztery lata później, w 1864 roku na szwajcarskim Uniwersytecie w Zurychu przyjęto pierwszą kobietę na studia medyczne. Ania miała wtedy 10 lat. „Odtąd Szwajcaria stała się ziemią obiecaną dla kobiet chcących zdobyć dyplom lekarza” – napisze potem Joanna Mackiewicz.

 "We wrześniu 1871 roku Anna Tomaszewiczówna wyjechała z Warszawy do Zurychu, by na tamtejszym uniwersytecie podjąć studia medyczne" - informowały na pierwszych stronach wszystkie warszawskie gazety. Była to rzecz bez precedensu – dziewczyna na studiach medycznych. Kto to widział? Ania miała wtedy 17 lat. Zanim jednak przystąpiła do egzaminów, zażądano od Niej świadectwa moralności – wystawianego najczęściej przez proboszcza.  Takie świadectwo przedstawiła, zdała egzaminy wstępne i rozpoczęła studia.

 No i zaczęło się. Znalazła się, Ona jedna wśród facetów: wykładowcy, koledzy. A oni często i publicznie poddawali w wątpliwość jej i innych kobiet – lekarek przydatność do zawodu. W ojczyźnie prasa przedstawiała kobiety-lekarki jako osoby nierozgarnięte, źle prowadzące się, bez jakichkolwiek predyspozycji zawodowych – taki współczesny hejt. Musiała być silna – najpierw Ania, potem dr Anna.

Była bez wątpienia bardzo dobrą studentką. Studia medyczne wtedy, podobnie jak dzisiaj trwały sześć lat. Anna na piątym, przedostatnim roku studiów otrzymała propozycję płatnej asystentury u prof. Edwarda Hitzinga – neurologa i psychiatry. Profesor niewątpliwie był nowoczesnym, tolerancyjnym i otwartym człowiekiem, bo w przeciwnym rzazie zatrudniłby słabszego, ale studenta. Anna oczywiście propozycję Profesora przyjęła.

Wreszcie w roku 1877 z wyróżnieniem ukończyła studia i otrzymała stopień doktora. Napisała pracę doktorską pt. „Przyczynek do fizjologii błędnika słuchowego”. Miała kilka propozycji pracy. Najbardziej egzotyczna – Japonia. Ale Ona zdecydowała się wracać do Warszawy - swojego miasta. Wróciła pod koniec 1877 r. Nie dowiemy się już, czy przewidywała co ją czeka w mieście do którego wróciła, bo je kochała.

Rosyjskie prawodawstwo wymagało od lekarzy kończących studia za granicą nostryfikacji dyplomu, ale zgodnie z wyżej wymienionym carskim „ukazem” nie przewidywało tej procedury dla kobiet. Następne wiadro zimnej wody wylało Jej się na głowę, kiedy usłyszała, że z powodu braku praktyki Towarzystwo Czerwonego Krzyża nie skorzysta z współpracy z Nią.

Kolejne  wiadro zimnej wody wylało Jej  na głowę w styczniu 1878 r, kiedy to Warszawskie Towarzystwo Lekarskie odmówiło przyjęcia Jej do towarzystwa.  Choć prezes towarzystwa prof. Henryk Hoyer po przeczytaniu prac dr Anny Tomaszewicz zaopiniował je pozytywnie – „świadczą one o wielkich zdolnościach autorki, jak również o zupełnym obznajmieniu się z celami i środkami medycyny. Autorka znajduje się zupełnie na wysokości nowszego stanowiska nauki”, to członkowie w głosowaniu tajnym dr Anny do towarzystwa nie przyjęli. Zgodnie ze statutem towarzystwa wymagana była większość 2/3 głosów. Zabrakło tylko jednego. Za głosowało 19 członków, przeciw – 11.

Najważniejsza pozostawała jednak sprawa nostryfikacji dyplomu. W Warszawie nie miała już czego szukać – była spalona. Pojechała wiec do Petersburga, ale tam, czego wcześniej nie wiedziała, obowiązywał od 1876 r. kolejny „ukaz” carski na mocy którego car zakazywał swoim poddanym studiowania na Uniwersytecie z Zurychu. Siarczyście sobie pewno nie raz wtedy zaklęła, ale …. do Petersburga przyjeżdżał sułtan z haremem. Będąc na Akademii Medyczno-Chirurgicznej w Petersburgu dowiedziała się, że akademia poszukuje dla haremu tegoż sułtana lekarki płynnie władającej językiem niemieckim, francuskim i angielskim która przez kilka miesięcy czuwałaby nad zdrowiem pań z haremu. Bez chwili zastanowienia zgłosiła się i została przez władze carskie przyjęta. Łatwiej było Rosjanom nagiąć prawa jak nauczyć inną lekarkę języków: niemieckiego, francuskiego i angielskiego.  Władze carskie tym razem nie zauważały (mała czcionka?), że dr Anna Tomaszewicz posługuje się dyplomem wydanym w Zurychu. Ponadto władze carskiej Rosji zezwoliły na studiowanie w petersburskiej akademii i dopuściły do egzaminów nostryfikujących dyplom zurychski. Tak się zastanawiam teraz - czy to sułtan, czy harem bardziej przysłużył się naszej Rodaczce?

AT D 3Dr Anna Tomaszewicz wróciła do Warszawy  i zaczęła przyjmować w lecznicy na ul. Niecałej. Zrezygnowała z zajmowania się fizjologią, która była jej specjalnością z pełną świadomością tego, że niewielu mężczyzn zdecydowałoby się korzystać z jej wiedzy. W lecznicy na Niecałej zajmowała się leczeniem kobiet i dzieci.

W 1881 roku dr Anna wyszła za mąż za znanego warszawskiego laryngologa – Konrada Dobrskiego. Dr Dobrski – późniejszy mąż dr Anny był jednym z najgorętszych Jej obrońców w owym nieudanym kandydowaniu  do Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego. Był także redaktorem naczelnym miesięcznika „Zdrowie”.

W 1882 r. już dr Anna Tomaszewicz-Dobrska pokonując konkurencję męską, przy wsparciu męża, Bolesława Prusa i Aleksandra Świętochowskiego otrzymuje pracę w przytułku położniczym przy ul. Prostej. Takim to sposobem dr Anna została pierwszą polską ginekolożką.

Był to okres, kiedy w Warszawie wybuchła epidemia zakażeń połogowych. Informacja ta dotarła także do bankiera-filantropa Stanisława Kronenberga. Wyłożył on pieniądze na zorganizowanie i utrzymanie pięciu przytułków – włącznie z tym dr Anny z Prostej. Warunki pracy dr Anna i personel mieli niezwykle trudne: stara kamienica przy prostej, brak bieżącej wody, brak ubikacji, stare dymiące piece. To tam dr Anna opracowała, wcielała w życie i przestrzegania zasady postępowania antyseptycznego pt. „Śluby czystości” (vide – ostatni akapit). To w tym przytułku ciasną kuchnię w której gotowano, prano i w której spały służące, a w ciągu dnia czekali odwiedzający nazywała – „Panteonem, obejmującym wszystkie kultury i wszystkie obrzędy”.

Pomoc medyczna w tych przytułkach była bezpłatna dla pacjentek – płacił Stanisław Kronenberg. Korzystały z nich (przytułków Kronenberga) najbiedniejsze mieszkanki Warszawy. W 1883 r. w przytułku dr Anny urodziło się 96 dzieci. W roku 1910 (na Żelaznej) już 420.

W 1889 r. przytułek dr Anny przeniesiono do budynku przy ul. Żelaznej 55. Tu warunki sanitarne znacznie już się poprawiły, a pomieszczeń było tyle, że wygospodarowała i zorganizowała izolatki dla gorączkujących położnic.

W 1986 r. – już na Żelaznej, jako pierwsza w Warszawie wykonała cesarskie cięcie. Koledzy-mężczyźni gratulowali? Nie sądzę. A jeżeli, to przez zaciśnięte zęby.

Była niewątpliwie doskonałym lekarzem.  W placówce dr Anny umieralność rodzących spadła do 1%. Był to wynik nieosiągalny w innych tego typu placówkach. Koledzy płci męskiej zazdrościli i podziwiali. Wyszkoliła w swojej placówce 340 położnych i 23 lekarzy położników.

Dr Anna także publikowała – opublikowała kilka dziesiątek artykułów w prasie medycznej traktujących o metodach leczenia w jej placówce, ale także o poziomie życia Polaków na tle Europejczyków.

W 1911/1912 r. zamknięto przytułki, ponieważ utworzono w Warszawie dwa szpitale położnicze: im. św. Zofii przy Żelaznej 88  i im. ks. Anny Mazowieckiej przy Karowej 2 (– obydwa istnieją do dzisiaj). Wtedy zaproponowano dr Annie, aby została dyrektorem jednego z nich. Odmówiła, ale zaproponowała na to stanowisko swojego zastępcę – mężczyznę.

„Precz z Polski z dziwolągiem kobiety…”

Od samego początku była przekonana, że swoich racji, swojej fachowości dowiedzie pracą, wykształceniem, zaangażowaniem i poświęceniem. Tak myślała.  Ale kraj nad Wisłą, a właściwie jego mieszkańcy bez względu na to jakie mieli wykształcenie myśleli inaczej. Myśleli stereotypami. Myśleli na skróty. A myśleli?

Chirurg prof. Ludwik Rydygier bez owijania w bawełnę powiedział – „Precz z Polski z dziwolągiem kobiety-lekarza. Niech nam nadal słynie chwała kobiet naszych, którą tak ładnie głosi poeta”.

Ten sam prof. Rydygier, parę lat później, w roku 1895 powie – „Dopóki u mnie w Mydlnikach słowik śpiewa i żer przynosi samicy w gniazdku siedzącej, dopóty ja w równouprawnienie nie uwierzę.”

Prezes Warszawskiego Towarzystwa Lekarskiego, prof. Henryk Hoyer – ten sam, który tak ładnie przed tym towarzystwem rekomendował młodą dr Anię z nutą protekcjonalności powiedział – „Przystępuję obecnie do zdania relacji z nich w przekonaniu, że członków towarzystwa niemało interesować powinny rezultaty prac naukowych, podjęte na polu lekarskim przez rodaka należącego d płci pięknej, interes ten zapewne jeszcze się zwiększy, że zestawione w owych pracach spostrzeżenia były robione na zwierzętach, na których zręczna rączka damska sama wykonała wiwisekcję”.

Jane Austen (1775-1817) – „Kobieta, zwłaszcza jeśli ma nieszczęście wiedzieć cokolwiek, powinna się z tym jak najstaranniej kryć”.

Freya Stark (1893-1993) – „Wielką i chyba jedyną korzyścią bycia kobietą jest to, że zawsze może udać głupszą, niż jest i nikogo to nie zaskoczy.”

Ale nawet Zapolska - "Tak jest, jestem przeciwna wdzieraniu się kobiet na stopnie dotychczas przez mężczyzn zajmowane, przeciwna zapamiętale". […] "Śmiało i otwarcie wypowiadam zdanie swoje. Nie chcę kobiet-lekarzy, prawników, weterynarzy itd."  […]  "Nie filozofuj!... Nie kraj trupów!...Nie zatracaj swej godności niewieściej. - To czar! To twoja władza! To twoje królestwo! Nie abdykuj! Korony dla biretu nie składaj". Aż wierzyć się nie chce, że to nasza Gabriela Zapolska.

Nie wiem, czy dr Anna przeczytała wydaną w 1900 r. książkę pt. „O umysłowym i moralnym niedorozwoju kobiety” -  Paul Julius Möbius, Katinka von Rosen, ale jeżeli tak …. ja bym ją potraktował jako umysłowy i moralny niedorozwój autorów.

Przegląd Lekarski – „Nie da się za to uzasadnić wszystkich innych szykan i trudności, jakie napotkała doktor medycyny. Uparcie ni pozwolono jej nostryfikować dyplomu, a tym samym podjąć jakiejkolwiek pracy w zawodzie.” […] „Z żalem przyznać trzeb, że pannę T. na samym wstępie w jej zawodzie same tylko nieprzyjemności spotykają. Pragnęła tutaj egzamin składać i udała się w tym celu do kuratora okręgu naukowego, ten ją odesłał do ministra, a minister pozwolenia na to odmówił. Nadto ofiarowała swoje usługi Towarzystwu Czerwonego krzyża, ale to odrzuciło jej propozycję.”

Ale zdecydowanym zwolennikiem dr Anny był Bolesław Prus, który w „Kurierze Warszawskim” pisał – „Sądzimy, że wypadek ten jest zwykłym objawem wstrętu do rzeczy niezwykłych, zjawiska tak powszechnego na świecie, że nawet wróble dziobią kanarka dlatego, iż jest żółty.”

A Aleksander Świętochowski – „… synowie Eskulapa już zaczęli dziobać pierwszą lekarkę.”

Śluby czystości

- opracowane prze dr Annę Tomszewicz zasady postępowania antyseptycznego. Nie wykluczam, że pierwsze w Polsce.

  • Ślub czystości niech zawód twój uświęci.
  • Nie miej innych wierzeń prócz w bakterie, innych dążeń prócz odkażania, innego ideału prócz jałowości.
  • Przysięgnij duchowi czasu w żaden sposób przeciw niemu nie bluźnić, szczególnie zaś hardym a pustym bredzeniem o przeziębieniu, przejedzeniu, przestrachu, poruszeniu, uderzeniu pokarmu na mózg, bądź inną jaką herezją zaprzeczającą zakaźnej naturze gorączki.
  • Przeklnij na wieczne czasy i wieczne potępienie oliwę, gąbkę, gumkę, smarowidło oraz wszelką rzecz, która ognia nie znosi, lub go nie zaznała, albowiem takowa bakterionośna jest.
  • W pobliżu ciężarnych, rodzących, położnic, oczów i pępków dziecięcych bądź zawsze przytomna i świadoma, że wróg niewidzialny czyha zewsząd, jest na nich, na tobie, dookoła was i w was samych.
  • Nie dotknij ich, choćby krzykiem i jękiem pomocy twej wzywały, póki od głów do stóp w biel się nie obleczesz, nagich rąk i ramion twoich, zarówno jak ciała ich, suto mydłem nie namaścisz, bodaj dwoma wodami gorącymi nie zlejesz i dwoma płynami o wielkiej mocy  bakteriobójczej.
  • Pierwsze badanie wewnętrzne jest ci nakazane, drugie dopuszczalne, trzecie musi być usprawiedliwione, czwarte może być wybaczone, piąte będzie ci za przestępstwo poczytane.
  • Wolne tętna i niskie ciepłoty niech ci będą najwyższym tytułem chwały.

Doktor Anna Tomaszewicz –Dobrska zmarła na gruźlicę 12 czerwca 1918 roku. . Kiedy  umierała polskie kobiety nie miały jeszcze praw wyborczych. 

Zbigniew Pręgowski

marzec 2021 r.

Źródła:

  • „Medycynierka” Jerzy Kulikowski („Polityka”, 4.11.2009)
  • płock.wyborcza.pl
  • izba-lekarska.pl (nr 9-2018)
  • sk (2013.01.01)

Komentarze obsługiwane przez CComment